Nie zawsze wybieram najkrótszą drogę - Vol.2, cz. 2
Po spokojnej nocy, czas na dalsze gminienie :)
Z rana żona Borafu zrobiła specjalnie dla mnie makaron. Dzięki!
W miarę sprawnie się zbieram, za to mniej sprawnie jadę. Coś się rozkręcić nie mogłem (tempo nadal spokojne, ale bez przesady... :P).
Męczy też trochę wiatr - wczoraj prawie cały dzień miałem w pysk, a dziś już tylko połowę, więc nie tak źle :)

Po przyjemnych kilometrach na krajówce, zjeżdżam na jakieś boczne dróżki gdzie od razu mnie wytrzęsło porządnie. Do tego szwankuje coś GPS który się wyłącza. Wcisnąłem do baterii jakieś sreberko z batona i pomogło. Wreszcie można spokojnie jechać. Choć po takim 'asfalcie' to łatwo nie idzie:

Dobrze że mam Brooksa Flyera to jakoś da się na tym nawet żyć, ale o jakiejś szybszej jeździe to nie ma co mówić.
Po pewnym czasie walki skręcam w jakąś leśną dróżkę, na której jest tarka a z boku piaszczyste pobocze. Jak na Gobi się poczułem znowu... ;)
Miejscami atakuje jeszcze jakiś bruk.

Nie ma to jak szosowa wycieczka :) Za każdym razem po takiej przeprawie obiecuję sobie nie wytyczać więcej takich tras, a po jakimś czasie sytuacja i tak się powtarza. Ma to jednak swój (wątpliwy) urok.
Z dużą ulgą wskakuje na drogę techniczną wzdłuż 8'mki. Idealny asfalt, wiatr w plecy... kusiło żeby lecieć tą drogą dalej, choćby i do Wrocka ;) 4km kawałek jednak szybko mija i zaczyna się region pełen wszelakiej maści sadów.

Łatosiówka - zdecydowanie mniej od swojego imiennika wymowna

W Nowym Mieście nad Pilicą robię sobie zasłużony 20-25min postój. Licznik pokazuje 130km. Gdy wyleguje się na ławce, zaczepia mnie jakiś przechodzień życząc szerokiej drogi, błogosławieństwa Bożego i pomyślności. Pełna kultura.
130km bez postoju - dobry wynik. Nie wiem co było w tym porannym makaronie, ale ja chce więcej! :)
Pilica:

Wszędzie te dopalacze teraz reklamują...

Bez większych ciekawostek docieram do Szydłowca, z którego szybko przeganiają mnie nadciągające ciemne chmury.

Szklane domy w Szydłowcu:

Night cluby też nie najlepsze ;)

Wszędzie żarnowiec. Co roku toto kwitnie? Jakoś nie kojarzę takich ilości...

Żółto

Już w samych Starachowicach zaliczam najtrudniejszy podjeździk na trasie. Jakieś 2km od domu mam taką ściankę 11%... ;) Jest to zarazem najwyższy punkt wycieczki.

Na koniec jeszcze tryumfalny przejazd przez osiedle i wreszcie w domu. Zamiast 170km wyszło kilometrów 510 :) Jest radość.
Plan udany - mimo sporej ilości kilometrów kolana nie bolą :) Do tego przy spokojnym tempie prawie nie czuję potrzeby postojów. Na 230km trasy raptem jedna przerwa to całkiem niezły wynik :)
Na BS'ie łapie podwójne okienko. Dawno już mnie tam nie było...

Zaliczone gminy:
Głuchów, Rawa Mazowiecka Wiejska, Nowy Kawęczyn, Kowiesy, Mogielnica, Nowe Miasto nad Pilicą, Rusinów
(jak ciul ominąłem Rawę Mazowiecką nie wiedząc że miasto jest osobną gminą eh...)

Z rana żona Borafu zrobiła specjalnie dla mnie makaron. Dzięki!
W miarę sprawnie się zbieram, za to mniej sprawnie jadę. Coś się rozkręcić nie mogłem (tempo nadal spokojne, ale bez przesady... :P).
Męczy też trochę wiatr - wczoraj prawie cały dzień miałem w pysk, a dziś już tylko połowę, więc nie tak źle :)

Po przyjemnych kilometrach na krajówce, zjeżdżam na jakieś boczne dróżki gdzie od razu mnie wytrzęsło porządnie. Do tego szwankuje coś GPS który się wyłącza. Wcisnąłem do baterii jakieś sreberko z batona i pomogło. Wreszcie można spokojnie jechać. Choć po takim 'asfalcie' to łatwo nie idzie:

Dobrze że mam Brooksa Flyera to jakoś da się na tym nawet żyć, ale o jakiejś szybszej jeździe to nie ma co mówić.
Po pewnym czasie walki skręcam w jakąś leśną dróżkę, na której jest tarka a z boku piaszczyste pobocze. Jak na Gobi się poczułem znowu... ;)
Miejscami atakuje jeszcze jakiś bruk.

Nie ma to jak szosowa wycieczka :) Za każdym razem po takiej przeprawie obiecuję sobie nie wytyczać więcej takich tras, a po jakimś czasie sytuacja i tak się powtarza. Ma to jednak swój (wątpliwy) urok.
Z dużą ulgą wskakuje na drogę techniczną wzdłuż 8'mki. Idealny asfalt, wiatr w plecy... kusiło żeby lecieć tą drogą dalej, choćby i do Wrocka ;) 4km kawałek jednak szybko mija i zaczyna się region pełen wszelakiej maści sadów.

Łatosiówka - zdecydowanie mniej od swojego imiennika wymowna

W Nowym Mieście nad Pilicą robię sobie zasłużony 20-25min postój. Licznik pokazuje 130km. Gdy wyleguje się na ławce, zaczepia mnie jakiś przechodzień życząc szerokiej drogi, błogosławieństwa Bożego i pomyślności. Pełna kultura.
130km bez postoju - dobry wynik. Nie wiem co było w tym porannym makaronie, ale ja chce więcej! :)
Pilica:

Wszędzie te dopalacze teraz reklamują...

Bez większych ciekawostek docieram do Szydłowca, z którego szybko przeganiają mnie nadciągające ciemne chmury.

Szklane domy w Szydłowcu:

Night cluby też nie najlepsze ;)

Wszędzie żarnowiec. Co roku toto kwitnie? Jakoś nie kojarzę takich ilości...

Żółto

Już w samych Starachowicach zaliczam najtrudniejszy podjeździk na trasie. Jakieś 2km od domu mam taką ściankę 11%... ;) Jest to zarazem najwyższy punkt wycieczki.

Na koniec jeszcze tryumfalny przejazd przez osiedle i wreszcie w domu. Zamiast 170km wyszło kilometrów 510 :) Jest radość.
Plan udany - mimo sporej ilości kilometrów kolana nie bolą :) Do tego przy spokojnym tempie prawie nie czuję potrzeby postojów. Na 230km trasy raptem jedna przerwa to całkiem niezły wynik :)
Na BS'ie łapie podwójne okienko. Dawno już mnie tam nie było...

Zaliczone gminy:
Głuchów, Rawa Mazowiecka Wiejska, Nowy Kawęczyn, Kowiesy, Mogielnica, Nowe Miasto nad Pilicą, Rusinów
(jak ciul ominąłem Rawę Mazowiecką nie wiedząc że miasto jest osobną gminą eh...)


- DST 229.33km
- Czas 09:07
- VAVG 25.16km/h
- VMAX 64.20km/h
- Podjazdy 1394m
- Sprzęt Szosa
- Aktywność Jazda na rowerze
Komentarze
Komentuj